Pojawienie się Brodzińskiej na scenie wywołuje dreszcz emocji, a potem burzę
oklasków.
Potrafi ona jak nikt inny wzruszać i bawić, ujmuje nowoczesnością
interpretacji i teatralną prostotą,
lecz kiedy trzeba, zniewala należnym gatunkowi
patosem. Potrafi obnosić po scenie kostiumy z maestrią godną największych.
Piękna ciemnowłosa dziewczyna z iskrzącymi się oczami i perlistym głosem wyglądała na kogoś, komu właśnie spełniają się marzenia. Na dodatek śpiewała po polsku, utwierdzając nas w nieśmiałym podejrzeniu, że w Polsce są jeszcze szczęśliwi ludzie.
Grażyna Brodzińska czterokrotnie podczas dwugodzinnego koncertu zmieniała
stroje, a piękne suknie od paryskich projektantów były tylko jedną z wielu atrakcji muzycznego wieczoru.
Najpierw niebieska kreacja z trenem okolona futrem. Następnie kremowa z ciemnym gorsetem.
Później czerwona suknia z czarną podszewką, a na koniec wąska i długa, niesamowicie
błyszcząca "tuba" z efektownym rozcięciem. Choćby dla tych sukien, które miała na
sobie śpiewaczka, warto było przyjść na jej koncert. "Pierwszą damę polskiej operetki"
można było podziwiać w sobotę na estradzie łódzkiego Teatru Muzycznego.
Wiele składa się na to, że Grażynę Brodzińską postrzegamy jako prawdziwą
gwiazdę: delikatna uroda, piękne ubiory, trafny dobór repertuaru. Damę czyni
z niej wrodzony wdzięk, który kryje się w słowach, gestach, we wszystkich
ruchach. Nie da się precyzyjnie określić, na czym polega czar, można go
jedynie podziwiać. Brodzińska dysponuje tym rodzajem osobistego uroku, który
pełen jest ciepła i serdeczności, a jednocześnie nie pozwala na spoufalanie się.
Razem z Lucjanem Kydryńskim, prezenterem o manierach gentlemana, tworzą uroczą
parę przyjaciół. Gdy rozmawiają swobodnie, siedząc w stylowych fotelach, wydaje
się, że jesteśmy świadkami ich towarzyskiego spotkania, a nie słuchaczami koncertu.
Nie czujemy się, broń Boże, intruzami - to do nas skierowana jest każda wypowiedź,
uśmiech, żart, uprzejmy gest.
A sama muzyka? Śpiewaniem Grażyna Brodzińska udowadnia, że w pełni
zasługuje na miano pierwszej damy operetki. I nie tylko operetki. Większość
repertuaru sobotniego koncertu pochodziła z najnowszej płyty "Śpiewaj, kochaj",
na której operetkowe arie sąsiadują z piosenkami musicalowymi i przebojami Stolza,
Bernsteina czy Loewego. Łagodny walc, ogniste argentyńskie tango lub tajemnicze
brazylijskie "Siboncy" - w każdym klimacie Brodzińska potrafi się odnaleźć.
Temperament, sceniczna osobowość - te słowa wydają się trochę oklepane, ale... nadal są
trafne, więc po co szukać nowych? To wszystko idzie w parze z walorami jej głosu -
nośnego sopranu o czystej barwie i dużej rozpiętości.
Sala łódzkiego Teatru Muzycznego była wypełniona po brzegi (łącznie z dostawkami),
publiczność zgotowała artystce owację na stojąco, a później przez ponad
godzinę stała w długiej kolejce, aby otrzymać podpis na płycie...
Bohaterka wieczoru wykonała 10 utworów, bisowała musicalowym hitem
"Przetańczyć całą noc". Zaprezentowała najwyższej klasy profesjonalizm,
wspaniałą technikę wokalną (jej głos wciąż jest bardzo świeży, o pięknej
barwie) i ruch sceniczny (do każdego utworu inny), jakiego może jej pozazdrościć
nie tylko każda śpiewaczka o podobnym emploi, ale i piosenkarki również. Widać,
że ta artystka ma ogromny szacunek dla publiczności. Nie miała co prawda żadnej
oprawy scenograficznej, schodów, baletu czy chórku (...), ale jej publiczność chce
i tak przede wszystkim delektować się swoją ulubienicą, a ona jej nie zawiodła.
Tytułowa bohaterka musicalu, Dolly Galagher Levi, jest znaną nowojorską swatką, kobietą dojrzałą, przebojową, dla której nie ma sytuacji bez wyjścia. Ta kreacja wymaga nie tylko świetnego warsztatu wokalnego, ale również umiejętności aktorskich i tanecznych. W gliwickim spektaklu rolę Dolly powierzono słynnej śpiewaczce Grażynie Brodzińskiej. Artystka nie zawiodła oczekiwań. Jej głos wydaje się stworzony nie tylko do dzieł operetkowych, ale również do musicali. Brodzińska stworzyła postać spójną, komediową, choć nie pozbawioną liryzmu.
Wystawienie "Hello, Dolly!" to zawsze oczekiwane wydarzenie, bo niewiele jest w
repertuarze musicalowym pozycji równie sławnych jak to dzieło Jerry'ego Hermana,
zaliczane do klasyki gatunku. Od wejścia na scenę w 1964 roku stała się "Hello,
Dolly!" nie tylko przebojem sezonu, ale wnet przeszła do historii Broadwayu z legendą
spektaklu bijącego rekordy powodzenia i obsypanego nagrodami. Wkrótce też wyruszyła
"Dolly" na podbój scen całego świata wsparta przez nakręcony z wielkim rozmachem film z
udziałem Barbry Streisand w roli tytułowej.
(...)
Z barwnej kolekcji ubiorów wybijały się nadzwyczaj efektowne kostiumy Dolly, nie
tylko tytułowej, lecz rzeczywiście centralnej postaci spektaklu.
Jest nią niewątpliwie Grażyna Brodzińska w roli sprytnej i zaradnej,
ponętnej swatki, która realizuje scenariusz swej wyrafinowanej intrygi z
czarującym wdziękiem. Rola dopracowana perfekcyjnie: każdy gest, uśmiech,
reakcja ma osadzenie w sytuacji i koncentruje uwagę. Brodzińska śpiewa popisowo,
głosem lekkim i migotliwym, tańczy wybornie, bawi i wzrusza w scenach lirycznych...

"Hello, Dolly" to klasyka gatunku. Premiera odbyła się w roku 1964. Na Broadway'u tę sztukę muzyczną odegrano wtedy 2844 razy. Wszyscy pamiętamy też wspaniały film (reżyseria - Gene Kelly) z Barbrą Streisand jako odtwórczynią tytułowej bohaterki Dolly Gallagher-Levi. Z jej mitem musiała się zmierzyć stała bywalczyni festiwali Grażyna Brodzińska. Ta artystka, znana z wielu operetkowych i musicalowych ról w teatrze "Roma" w Warszawie i na scenach całej Polski, wróciła do Gliwic, gdzie niegdyś pracowali jej rodzice: Irena Brodzińska (także śpiewaczka) i Edmund Wayda (tenor, reżyser i dyrektor kilku scen muzycznych). I stworzyła postać z krwi i kości, dowcipną, mądrą, a przy tym pełną wdzięku. Zaprezentowała świetne aktorstwo i znane swoje walory wokalne.